...a jeśli ktoś chce ciąg dalszy...
Niech błaga Mer i Ayl, bo ja już nie mam siły;p Przykro mi, sama tego nie pociągnę.
Miłego!
Maddie.
Smok imieniem Draco
W snach wciąż widywał niebo nad terytorium, na którym się wychował, jednak gdy nadchodziło przebudzenie, nie tęsknił za nim. Las przestał być obcy, stał się bezpiecznym schronieniem, domem, a trzy młode samice zostały Siostrami - Z - Jednej - Krwi. Miały w sobie smoki, choć same o tym nie wiedziały, nie wzbudzały więc w nim lęku.
Najmniejsza była plamą błękitu, oderwaną od ziemi, pomimo braku skrzydeł, które mogłyby wznieść ją pod niebo. Gdyby urodziła się z odpowiednim kształtem, latałaby na skrzydłach wiatru, stało się jednak inaczej i próbowała sięgnąć chmur własnym umysłem. Stworzenie wyczuwało w niej niepokój, myśli małej samicy były trudne do zrozumienia, urywane, chaotyczne, a pragnienia, które w sobie nosiła mogły zanieść ją tak wysoko, jak latały tylko najpotężniejsze smoki, bądź strącić w otchłań szaleństwa, kłębiącego się u brzegów jej świadomości.
Druga, łagodna i drobna, w oczach stworzenia mieniła się odcieniami zieleni, koloru życia, roślin. Miała delikatne dłonie, ilekroć go dotykała, robiła to ostrożnie, w tym dotyku kryła się niepewność, ta sama, która wciąż mieszkała jej umyśle i sprawiała, że zieleń bledła. Samica nie umiała dokonywać wyborów, nie wiedziała, jakimi drogami podążać. Nie byłaby dobrym łowcą i nikt nie mógłby się jej bać. Nie umiała atakować. Nie chciała krzywdzić. Smok skrył się w niej najgłębiej, zwinął się w kłębek i zasnął, ale był tam, gotów przebudzić się i bronić gniazda, rodziny. Nie należy zbliżać się do samicy, wysiadującej jaja, bo zabije każdego, kto spróbuje ich sięgnąć.
Trzecia była czerwienią i nosiła w sobie gniew, który szukał ujścia. Nie radziła sobie z drapieżnikiem, który mieszkał w jej snach, dlatego atakowała nawet, gdy nie musiała, broniła przystępu do siebie, swojego terytorium. Gdyby nie dwie pozostałe samice, drapieżnik wewnątrz niej pożarłby także ją, nie utrzymałaby go na uwięzi. Jej sny, pełne płomieni, były snami smoka.
Poszłyby za sobą w ogień, dzieliły się zdobyczą i razem skakały do gardeł wrogów. Stworzyły smoczą rodzinę, nic o tym nie wiedząc. A stworzenie stało się jej kolejną częścią.
Beverly nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy złościć. Z jednej strony pomysł, że na balu będzie całkiem nieźle prezentować się u boku Gordona, zdecydowanie przypadł jej do gustu. Z drugiej jednak - miała wielką ochotę skrócić Mackenzie o jakąś część ciała, niekoniecznie o głowę. W końcu ta mogła się jeszcze na coś przydać. Jak ona mogła TAK to wszystko rozegrać?!
Spojrzała cierpiętniczo na Avery, której mina wskazywać mogła tylko jedno - niepohamowaną chęć mordu niejakiej Greengrass. W natłoku myśli buzujących w jej głowie niemal nie zauważała idącej obok siebie Beverly, która jako jedyna z tej dwójki zdawała się zachowywać ostrożnie.
- Zbroja! - krzyknęła Ślizgonka, ciągnąc mocno i zdecydowanie Krukonkę za rękę. - Patrz chociaż przed siebie albo staraj się iść po linii prostej!
- Mhm...
Dochodziły właśnie do schodów, gdy Bev poczuła, że musi coś zrobić. A nawet Coś.
- Ja dalej nie idę - oznajmiła, zatrzymując się nagle. Ave spojrzała na nią z mieszanką zdziwienia i zmieszania.
- Czyli co? Zostajesz? TU?
- Zostaję. Tak. Tu - odpowiedziała spokojnie na kilka pytań przyjaciółki, po czym z cichym westchnięciem usiadła po turecku na środku korytarza.
Krukonka rozejrzała się dookoła i wymownie spojrzała w sufit.
- A możesz mi wytłumaczyć, co kazało ci usiąść właśnie tutaj?
Beverly wzruszyła ramionami.
- Chciałam coś zrobić - stwierdziła po chwili. - Tylko nic prócz uszkodzenia Green nie przyszło mi do głowy. Chyba lepiej, że usiadłam?
- No coś ty! Mogłybyśmy zrobić to razem! Wszystko dokładnie zaplanować. Tak, żeby nikt nawet nie pomyślał, że to my dopuściłyśmy się zbrodni! W końcu oficjalnie nie miałybyśmy motywów, a poza tym... - mówiła coraz bardziej rozentuzjazmowana Avery.
Brew szatynki unosiła się coraz wyżej.
- Myślałam tylko o jej uszkodzeniu, nie o zabiciu. Nie zapędzaj się tak. Zresztą powinnaś się cieszyć, że towarzyszysz Fieldowi. Przynajmniej będziecie mieli okazję do dłuższej, niż zwykle, rozmowy.
Gdyby wzrok mógł zabijać, byłaby już tylko kupką popiołu.
- Że niby to ja mam towarzyszyć JEMU?! Jeśli już, to on ma szansę dostąpić tego zaszczytu! Nawet mnie nie denerrrrrwuj, małpo! I nie szczerz się tak!
Ślizgonka nie posłuchała. Oparła wygodnie dłonie na posadzce za sobą, odchylając się z dziwnym zadowoleniem.
- No co znowu?!
- Prócz tego, że ty ewidentnie coś do niego masz, absolutnie nic. - Przymknęła oczy i zaczęłacoś namiętnie wąchać. - Czujesz? To mięta!
Avery przybrała pozycję gotową do ataku i z całą pewnością rzuciłaby się na panią prefekt, gdyby nie grupka uczniów wchodząca powoli po schodach.
- Kiedyś cię dorwę! - obiecała z całą swą stanowczością, tupiąc nogą. Wyglądała przy tym całkiem uroczo. - I nawet nie myśl, że przyniosę ci tutaj kolację! Jak dla mnie możesz sobie umrzeć z głodu, oszczędziłoby mi to problemu z likwidacją twoich zwłok!
Beverly przytaknęła z szerokim uśmiechem, którego nie potrafiła się pozbyć nawet w obliczu tak poważnej groźby. Nic nie mogła na to poradzić.
*
Pora kolacji rozpoczęła się na dobre. Wszyscy, którzy chcieli znaleźć się w Wielkiej Sali już dawno tam dotarli. Mimo zapachu smacznego jedzenia roznoszącego się po Hogwarcie, Beverly nie miała najmniejszej ochoty podnosić się z miejsca.
Rozłożyła się wygodnie na plecach, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia, na krótką ucieczkę w marzenia. Dużą rolę odgrywał w nich Gordon Parkinson, co było oczywiste z racji zaistniałych tego dnia zdarzeń, przez co uśmiechała się z zadowoleniem niemal przez cały czas. Oczyma wyobraźni widziała dokładnie każdy jego pełen elegancji ruch i każdą zmianę na idealnej twarzy. W pewnej chwili usłyszała nawet jego męski głos, a w zasadzie jego męskie chrząknięcie, i wtedy coś zaczęło jej nie pasować. Otworzyła oczy, i unosząc się na łokciach, rozejrzała się badawczo.
- Co ty tu robisz, na Merlina? - zapytała z lekkim wyrzutem opierającego się o poręcz Rivera.
- Patrzę na ciebie - stwierdził bez ogródek i z nutą nonszalancji. Beverly westchnęła niezauważalnie. Gdyby powiedział to Gordon, rozpłynęłaby się od razu. Jednak ponieważ ciemnoskóry chłopak zdecydowanie nim nie był...
- No, to akurat sama zauważyłam.
Zdawał się nie zauważyć złości w tonie jej głosu. Bardziej prawdopodobne było, że po prostu ją zignorował i zdecydował się podejść bliżej. Kucnął, a potem usiadł obok niej.
- Mogę? - zapytał, leżąc już wygodnie na posadzce. Natychmiast odczuł jej chłód i skrzywił się przelotnie. - Może tosta? Mam też dżem - zapytał, również opierając się na ramionach, z zachęcającym lekkim uśmiechem.
Dziewczyna spojrzała na niego z bezbrzeżnym niedowierzaniem.
- Poważnie?
Przytaknął. Spod szaty wyciągnął kilka tostów, starannie owiniętych w chusteczkę, a potem porcję dżemu wyglądającego na truskawkowy.
- Częstuj się. Jeśli oczywiście chcesz.
- Wiesz co, Jor... River? - zapytała ciesząc się, że udało jej się ugryźć w język zanim zwróciła się do niego po nazwisku. - W takich chwilach myślę, że mogłabym Cię polubić.
Oboje wymienili się przyjaznymi uśmiechami.
Dla niewtajemniczonego i niezainteresowanego obserwatora dwójka siedzących na podłodze uczniów, zajadających się pachnącymi tostami mogła kojarzyć się tylko z jednym - z parą w zaawansowanym stadium związku, która postanowiła urządzić sobie romantyczną kolację we dwoje.
- Tylko sobie nie pomyśl... czegoś. - Mulat przerwał nagle przyjemną ciszę. - Pojęcia nie miałem, że w drodze do dormitorium natknę się na ciebie, rozłożoną na podłodze. Jeszcze tego nie mówiłem, ale to dziwne.
- Mhm. Wkrótce bal - powiedziała Merrywell, kompletnie ignorując jego wypowiedź.
Chłopak otworzył usta, najwyraźniej chcąc coś powiedzieć, jednak zrezygnował. Za to w jego głowie zaczęły kłębić się tysiące myśli, które i tak sprowadzały się do jednego.
- Jak myślisz, wszyscy będą albo wampirami, albo rycerzami, albo księżniczkami, nie?
No, już, dalej, River! Dasz radę!
- Ja mam pomysł na własny strój. Będzie jakby trochę niecodzienny - kontynuowała niezrażona jego milczeniem.
Nie potrzebujesz przebrania, żeby być niecodzienna? - pomyślał, ale w końcu nie powiedział tego głośno. Przeczesał włosy, ciągnąc się za nie delikatnie.
- A ty?
Spojrzał na nią pytająco, po czym pokiwał przecząco głową. Nie miał czasu na zastanawianie się nad takimi błahostkami.
- Jeszcze jednego tosta? - Skorzystała. River również, tyle że z ciszy. - Ktoś cię już zaprosił, czy może dopiero się zbierają?
Spiorunowała go wzrokiem. Serdecznie dosyć miała ukrywania się przed całą zgrają chłopaków, niewiedzących jak się zabrać do sprawy. Taki Corey, na przykład. Sztandarowy przykład nieudacznika pod tym względem.
- To musi być męczące.
- Jakbyś zgadł! - powiedziała głośno, przełknąwszy kęs. - Na szczęście już nie muszę się ukrywać, ponieważ mam Gordona.
Mulat zgarbił się lekko i uśmiechnął się nieco krzywo.
- Cieszę się. - Przełknął cicho ślinę wraz ze słowami, które jeszcze przed chwilą chciał wypowiedzieć i które teraz uczyniłyby z niego jednego z wielu. - Tego w końcu chciałaś.
Beverly uśmiechnęła się, strzepując okruszyny z szaty.
- Podoba mi się, że jesteśmy dla siebie mili, River.
- Tylko się nie zagalopowuj tak, Merrywell - zaczął chłopak, z urzekającym uśmiechem. - Nie będziemy przyjaciółmi. O relacjach partner-partnerka też możesz zapomnieć, wiesz...
- Och! - jęknęła teatralnie. - A już prawie ułożyłam listę gości na nasz ślub!
Zaśmiali się. River wprawdzie trochę gorzko, ale Beverly tego nie zauważyła. Poklepała go delikatnie po ramieniu i wstała.
- Swoją drogą, kogo ty zaprosiłeś?
- Zobaczysz - odpowiedział natychmiast, ucinając jednocześnie temat. - Ja tu sobie jeszcze trochę poleżę.
Ślizgonka uśmiechnęła się, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem.
- Uważaj, bo ktoś na ciebie wpadnie. Albo wręcz napadnie. Wyglądasz całkiem ciekawie.
River odmachał Bev i odprowadził ją wzrokiem, a potem uderzył kilka razy głową w posadzkę. Na otrzeźwienie.
*
- Ken - zi.
- Maaama.
- Kenzi!
- Mama?
- Kenzi! Kenzi, Kenzi, Kenzi!
Avery turlała się po trawie, a ramiona Beverly trzęsły się od powstrzymywanego śmiechu. Mackenzie natomiast siedziała po turecku pod drzewem i usiłowała nauczyć smoka poprawnej wymowy swojego imienia.
- Nie jestem twoją mamą, ty nędzna namiastko prawdziwego smoka! Mam na imię Mackenzie! K - e - n - z - i. Powtarzaj albo przerobię cię na suflet!
Zdążyły już nakarmić smoczątko surowym mięsem i wznieść dla niego prowizoryczne schronienie, które przypominało skrzyżowanie budy dla psa z wyjątkowo dużym domkiem lalki Barbie. Na wszelki wypadek otoczyły go także kilkoma zaklęciami maskującymi i ochronnymi, dzięki czemu miały gwarancję, że nic nie spróbuje zjeść ich nowego ulubieńca.
- Dajże spokój biedakowi - zarządziła Avery, przekręcając się na brzuch i podpierając się łokciami. Okulary miała przekrzywione, a we włosach źdźbła trawy. - Jest smokiem czyli drapieżną bestią. Nic dziwnego, że uznał cię za mamę.
- Czy ty coś sugerujesz? - spytała Gryfonka, obrzucając przyjaciółkę groźnym spojrzeniem.
- Gdzieś bym śmiała! Po prostu myślę, że…
- To nie myśl, bo się zmęczysz.
- Możecie już skończyć tę kłótnię? - poprosiła Beverly. Miała wyjątkowo zły humor: Brooks znowu na nią nawrzeszczała na zebraniu prefektów, poza tym z powodu szlabanu musiała zerwać noc na naukę Transmutacji. Była absolutnie pewna, że na teście pomyliła przynajmniej jedno pytanie. Jeśli tak dalej pójdzie na Sumach dostanie co najwyżej Z!
- Okey, okey. I tak zaraz musimy się zbierać na to przeklęte zebranie Klubu Ślimaka - mruknęła Mackenzie, klepiąc smoka po głowie.
- Hej… właściwie dlaczego zaprosił cię do tego klubu? - spytała Beverly. Ona sama dołączyła do niego dopiero na drugim roku, gdy Gryfonka była już członkiem.
- Po części przez moje nazwisko. Wiesz, uczył mamę i tatę. Ojciec ciągle utrzymuje z nim kontakty - wyjaśniła Mackenzie, z uśmiechem przypatrując się smoczątku, które zaczęło ganiać własny ogon niczym przerośnięty szczeniak. - Trochę przez to, że na pierwszej lekcji eliksirów niechcący wzięłam podręcznik Coreya i perfekcyjne uwarzyłam miksturę z programu drugiej klasy. Aha… no i dlatego, że w pociągu widział, jak mało nie zabiłam Scorpiusa. Nie wiem dlaczego, bardzo mu się to spodobało… Znaczy się, zabójstwo mojego kuzyna byłoby oczywiście przysługą dla ludzkości, ale Ślimak to w końcu nauczyciel, nie?
Smok przewrócił się i przetoczył po trawie, zatrzymując tuż przy kolanach Beverly. Ślizgonka ostrożnie pogłaskała go po szyi. Wciąż miała pewne wątpliwości odnośnie opiekowania się takim stworzeniem, ale musiała przyznać, że jest słodki.
- A ciebie, Bev? - zapytała Avery, zerkając na przyjaciółkę.
- To chyba jasne, nie? - prychnęła Mackenzie, nie pozwalając Beverly dojść do głosu. - Jest mądrą osobą i najładniejszą dziewczyną w szkole, gdyby nie był zbyt zajęty dylematem, którego z Potterów wybrać, już dawno by się jej oświadczył. Ave, dziś idziesz na pierwsze spotkanie?
- Tak… i mam trochę mieszane uczucia. Zaprosił mnie do Klubu trzy dni temu, kiedy oblałam zielarstwo po raz dziesiąty, wysyłając profesora Longbottoma do skrzydła szpitalnego... myślicie że to z tego powodu?
Smok podpełzł do Krukonki i polizał ją w nos, oszczędzając tym samym dziewczętom odpowiedzi na to pytanie.
- Swoją drogą, wypadałoby wreszcie nadać mu jakieś imię - zauważyła Beverly. - Wiecie, najlepiej takie, żebyśmy mogły o nim rozmawiać i nie przejmować się, że ktoś podsłucha.
- Azor! - wykrzyknęła natychmiast Avery. - Albo Mruczek! A może Reks? Hm, nie, czekajcie, już wiem: Pimpuś brzmi nieźle, prawda, prawda? Tak, wiem, jestem genialna.
Mackenzie i Beverly wymieniły porozumiewawcze uśmiechy.
- Ujęłabym to trochę inaczej, ale niech ci będzie. W każdym razie… myślę, że powinnyśmy nazwać go Draco.
- Jasne, bo wtedy nikt nie skojarzy go ze smokiem - prychnęła Beverly, podnosząc się i otrzepując ubranie. Powoli zapadał zmierzch i z każdą chwilą robiło się coraz chłodniej. Zdecydowanie za bardzo marudziły z powrotem do zamku. - Słuchajcie, może już pójdziemy, co? Kenzie, przypominam, mamy test z eliksirów, poza tym wolałabym nie maszerować po lesie w nocy.
- Chcę go nazwać Draco, bo przypomina trochę mojego wujka - zaśmiała się Mackenzie, również wstając ze swojego miejsca. - Nie pytajcie. I masz rację, trzeba się zbierać… a jutro ten głupi bal. Merrrrrlinie! Czy szlag nie mógłby trafić Cromwella z samego rana? No wiecie, jesteśmy w szkole magii, tu wszystko jest możliwe…
Nastrój:
tagi: